Rodzimy się z dwoma fundamentalnymi potrzebami: autentyczności i przynależności. Chcemy być sobą i chcemy być kochani. Ale jako niemowlęta jesteśmy bezbronni – inaczej niż np. źrebak czy kocięta, nie przetrwamy bez opieki dorosłych. Dlatego, gdy nasze potrzeby stają ze sobą w konflikcie, zawsze instynktownie wybieramy przynależność. Wybieramy przetrwanie ponad autentyczność. Uczymy się dopasowywać, odcinać od swojej prawdy, zakładać maski. Toltekowie nazwali ten proces „udomowieniem” – dostosowaniem się do oczekiwań otoczenia kosztem własnej autentyczności. To udomowienie kosztuje nas bardzo dużo. Bronnie Ware, autorka książki „5 rzeczy, których żałują umierający” pisze, że żal numer jeden to: „żałuję, że nie żyłam w zgodzie ze sobą, tylko zgodnie z oczekiwaniami innych”.
Mój własny moment „udomowienia”, „założenia maski” pamiętam bardzo dobrze. Byłam odważnym, pewnym siebie dzieckiem, z naturalnym ciągiem do przywództwa. Ale w podstawówce szybko mnie „naprostowano”. Któregoś dnia dałam wychowawczyni szczerą informację zwrotną – ona uznała to za bezczelność i poskarżyła się mojej mamie. Mama płakała, mówiła: „Myślałam, że mam dobre, grzeczne dziecko”. Kazali mi przeprosić wychowawczynię, choć ja nie rozumiałam za co. Złamano mi kręgosłup. Wtedy obiecałam sobie: Nigdy już nie będę sobą. Muszę być miła i grzeczna, żeby mama była ze mnie zadowolona. Ta maska przylegała do mnie coraz mocniej. Pamiętam, jak kiedyś w korporacji usłyszałam od managera: „Ty jesteś tania, ja drogi, to ty zostaniesz po godzinach” – uśmiechnęłam się tylko nerwowo, przeprosiłam grzecznie za to, że chciałam wyjść o 17.00, nie zaprotestowałam. To było moje „fit in”. Po tamtej pewnej siebie dziewczynce, którą byłam kiedyś zostały tylko zdjęcia.
Moja historia nie jest oryginalna. Każdy z nas zakłada maski. Na co dzień pracuję z liderami i zespołami w biznesie. Na swojej drodze zawodowej spotkałam np.:
- prawnika, który nienawidzi swojego zawodu, ale chce udowodnić ojcu, że jest czegoś wart,
- prezesa, który po udarze uświadamia sobie, że przez lata nadrabiał brak ojca w dzieciństwie,
- menedżerkę, która nie umie delegować, bo jako córka alkoholika nauczyła się, że musi radzić sobie sama,
- specjalistkę, która nie idzie po awans, bo wdrukowano jej, że bycie skromną i niewidzialną to cnota,
- lidera, oskarżanego o mobbing, który pogardza innymi, bo w głębi duszy pogardza sobą – dorastał w domu dziecka, gdzie nauczono go, że jest nikim.
W filozofii Carla Gustava Junga maski społeczne, które zakładamy, by funkcjonować w relacjach, pracy, społeczeństwie nazywa się personą. To nasza „rola” – nauczycielki, liderki, córki, profesjonalistki, przyjaciela. Persona to jest to, co pokazujemy światu – nasza „publiczna twarz”. Jung mówił, że persona jest jak ubranie – potrzebne, ale nie jesteś nim. Problem zaczyna się wtedy, gdy mylimy personę z prawdziwym „Ja” – gdy tak mocno się z nią utożsamiamy, że zapominamy, co jest pod spodem.
Stawanie się sobą to nie akt jednorazowy, ale proces. I to niełatwy, bo wymaga odwagi, by spojrzeć w siebie głębiej niż pozwala na to codzienna maska. Żyjemy w świecie, który premiuje dostosowanie – dlatego od najmłodszych lat uczymy się, jak „być grzecznymi”, „radzić sobie”, „nie przeszkadzać”, „zasłużyć na miłość”. Tak rodzą się nasze wewnętrzne części: perfekcjonistki, opiekunki, chłodnej analityczki, wieczne dzieci czy wojownicy. Każda z nich powstała, by nas chronić. Ale żadna nie jest nami w pełni.
Zdejmij maskę. Ale nie wyrzucaj jej – jest Ci potrzebna do życia w społeczeństwie. Znajdź bezpieczną przestrzeń, w której możesz ją zdjąć na chwilę, jak garnitur po pracy. Przyjrzyj się swojej masce z bliska. Zobacz, jak Cię zmienia, jak każe Ci myśleć, zauważ do czego się przydaje, a w czym przeszkadza. Sprawdź, czy jest wygodna, czy może ciśnie i rani. Zobacz czy Ci w niej do twarzy. Czy jest nadal Twoja, czy już do Ciebie nie pasuje.
Liderze, zdejmij maskę
Zdejmij maskę. Szczególnie jeśli jesteś liderem lub liderką. Potrzebujemy świadomych i autentycznych liderów. Dziś żyjemy w świecie, gdzie lider nie może być odcięty, kryjący się za maskami, wydający polecenia z pokerową twarzą. Potrzebujemy liderów, którzy budują więzi z ludźmi, tworzą dla nich bezpieczne środowisko, dają i przyjmują szczery i życzliwy feedback, przyznają się do błędów i niewiedzy, uruchamiają kreatywność i współpracę, rozwijają siebie i innych. To wymaga świadomości i autentyczności. A nie da się być autentycznym w masce, której nie jest się świadomym, która jest niespójna z Twoim Ja.
Nie chodzi o to, żeby być zawsze i wszędzie w 100% autentycznym – mówić zawsze dokładnie to, co się myśli i czuje. Nie jesteśmy (jeszcze) na to gotowi na naszym poziomie rozwoju cywilizacji. Potrzebujemy zasad społecznych, szczególnie w biznesie, potrzebujemy „dostrajać się” do fal, na których nadają inni ludzie. Ale nie możemy pozwolić, by nasze maski przejmowały nad nami kontrolę, byśmy działali z poziomu nieświadomości, bo wówczas możemy krzywdzić i innych i siebie. A ponadto będziemy nieefektywni jako liderzy.
Brane Brené tak trafnie pisze w książce „Odwaga w przywództwie” o dwóch stylach zarządzania: przywództwie „w zbroi” i przywództwie opartym na odwadze. Lider „w zbroi” chroni się przed wrażliwością i bólem – nosi pancerz perfekcjonizmu, kontroli, dystansu i nieomylności. To styl, który może sprawiać wrażenie siły, ale w rzeczywistości budzi lęk, zamyka kreatywność i odcina od relacji. Gdy ta maska przylega zbyt mocno, gdy nie jesteśmy jej świadomi , wtedy nie zarządzamy ludźmi jako my – tylko gramy rolę lidera, niczym aktor. A w roli nie ma prawdziwej relacji z drugim człowiekiem, empatii, inspiracji. Jest za to napięcie, oddalenie, poczucie że życie to gra, w której ktoś musi wygrać a ktoś przegrać.
Autentyczne przywództwo zaczyna się tam, gdzie kończy się zbroja. Gdzie maska zostaje zdjęta, albo przynajmniej poluzowana, a lider ma odwagę pokazać siebie – nie tylko swoje sukcesy, ale też wątpliwości, pytania, wrażliwość. Tylko taki lider buduje zaufanie. Tylko taki lider uruchamia w zespole prawdziwe zaangażowanie, odwagę, kreatywność. Zbroja daje iluzję bezpieczeństwa, ale to odwaga bycia autentycznym daje prawdziwą siłę.
Jak odkrywać swoje prawdziwe Ja? Oto moja wersja przepisu na odkrywanie Siebie:
- Maski są dobre na Halloween, ale nie na całe życie. Zdejmij maskę, ale nie po to, żeby ją odrzucić, tylko żeby się jej przyjrzeć. Zauważ, że tych masek, które na co dzień zakładasz masz zdecydowanie więcej niż jedną – inna do pracy, dla relacji z partnerem, z dziećmi i z teściową, inną zakładasz jako kierowca, klient urzędu, itd. itp. Zobacz, jak zmienia się Twoje myślenie, mówienie, działanie, odczuwanie, a nawet głos, krok, postawa, gdy zmieniasz maski. Jakie przekonania uruchamiają Ci się w głowie wraz z założeniem danej maski? Co myślisz o sobie, o innych, o świecie? Jeśli masz trochę więcej czasu to weź kartkę papieru i podziel ją na trzy kolumny – w pierwszej wypisz ważne wydarzenia w Twoim życiu takie, które Cię ukształtowały, z którymi wiążą się duże emocje. W kolejnej kolumnie zapisz, jak się czułeś/aś w tych sytuacjach. W ostatniej zaś kolumnie zobacz, jak zacząłeś / zaczęłaś myśleć, mówić i działać w wyniku tych zdarzeń. Tak właśnie kształtują się nasze maski.
W odkrywaniu siebie pomaga też kontakt z naszym wewnętrznym dzieckiem – tą częścią nas, która pamięta, jak to jest być autentycznym, spontanicznym, pełnym emocji, ale też przerażonym, opuszczonym, zranionym. Podejście Internal Family Systems (IFS) traktuje naszą psychikę jako system wewnętrznych postaci – części, które mają własne historie, emocje i potrzeby. Możemy się z nimi spotkać w medytacji, w pisaniu dziennika, w rozmowie z samym sobą. Kiedy przestajemy walczyć z naszymi wewnętrznymi dziećmi, a zaczynamy ich słuchać z życzliwością – zaczynamy się integrować. - Koleżanko i kolego wyprowadź z cienia swoje ego. Ego to nasze codzienne „ja”, które zarządza myśleniem, działaniem, planowaniem. Ego pozwala nam funkcjonować w świecie – mieć poczucie tożsamości, budować relacje, wybierać kierunki życia. To właśnie ego potrzebuje masek. Ale ego to tylko fragment naszego całego Ja. To, kim jesteś to także głęboka nieświadomość: emocje, instynkty, tęsknoty, traumy, potrzeby, których ego może nawet nie znać. W tej nieświadomej części kryje się cień – wszystko to, co w sobie wyparliśmy, czego się wstydzimy, co uznaliśmy za „złe”, „nieakceptowalne”, „niewygodne”. Cień to nasze złości, wstydy, zazdrości, impulsy, ale też ukryte talenty, siła i moc, których nie śmieliśmy wyrazić. Praca z cieniem to praktyka autentyczności – zaczyna się od obserwacji siebie w codziennych sytuacjach: „Kiedy reaguję silnie emocjonalnie? Kogo oceniam? Kto mnie denerwuje? Kiedy się wycofuję, udaję, chowam?”. W tych momentach warto zatrzymać się i zapytać: „Co to mówi o mnie? Co próbuję ukryć lub ochronić? Czego się wstydzę? Do czego nie chcę się przed sobą przyznać?”. W pracy z cieniem często dotykamy też starych traum – emocjonalnych ran z przeszłości, które zostawiły ślad w ciele, sercu, sposobie myślenia o sobie i świecie. To mogą być pozornie „niewinne” zdania: „nie przesadzaj”, „przestań beczeć”, „musisz być silna”, „zrób coś pożytecznego”. Ale powtarzane przez lata, budują w nas przekonanie, że nie jesteśmy wystarczający tacy, jacy jesteśmy.
- Uruchom charyzmę i zacznij świecić swoim światłem. Charyzma w pierwotnym znaczeniu tego słowa nie oznacza bycia duszą towarzystwa ani mistrzem autoprezentacji. To coś znacznie głębszego – to dar, zestaw niepowtarzalnych talentów i cech, które otrzymałeś/aś po to, by dzielić się nimi ze światem. Twoja charyzma to Twój osobisty kod duszy – energia, która sprawia, że kiedy jesteś sobą, ludzie czują się poruszeni, zainspirowani, bezpieczni lub po prostu… w domu. Niestety, kiedy zakładamy maski często zapominamy, co jest naszą charyzmą.
Zatrzymaj się na chwilę i zadaj sobie pytania: „Co przychodzi mi naturalnie, bez wysiłku? Co sprawia, że czuję się żywy/a i pełen/na energii? Co jest moją pasją? W czym inni proszą mnie o pomoc albo mówią, że jestem „w tym dobry/a”? Jakie działania sprawiają, że zapominam o czasie?”. To są tropy prowadzące do Twojej charyzmy. W kolejnym kroku szukaj swojego ikigai (powodu istnienia) – skrzyżowania tego, co kochasz, w czym jesteś dobry/a, czego potrzebuje świat. - Włącz na luz i bądź Sobą. Nie – perfekcją. Stawaniem się. Pracą w toku. Eksperymentem. Prawdą. Twoją prawdą. Amalgamatem tego, co piękne, brzydkie, łatwe, trudne, przydatne i zbędne. Chodzącym paradoksem. Unikatowym człowiekiem. Autentyczność nie polega na byciu „sobą na 100%” przez cały czas – to mit, który prowadzi tylko do frustracji. Autentyczność to raczej czujność i czułość – umiejętność zauważenia, kiedy znowu zakładam zbyt ciasną lub uwierającą mnie maskę… i delikatnego jej zdejmowania. Przyglądaniem się sobie – temu kim byłam wczoraj, kim jestem dziś i kim chcę się stawać jutro. To żąglowanie pomiędzy moim naturalnym Ja a potrzebami innych ludzi. Pomiędzy nadawaniem na własnych falach a dostrajaniem się do fal, na których nadają inni. Z czułością wobec siebie.
Autentyczność oznacza dla mnie integralność. Martha Beck opisuje integralność jako stan, w którym Twoje życie zewnętrzne jest zgodne z Twoim wewnętrznym światem. To stan, w którym przestajesz dzielić się na „części akceptowalne” i „części do ukrycia”. Zamiast tego zaczynasz scalać się w jedną, złożoną, ale spójną całość. Taką, która nie udaje niczego. Jak żyć w zgodzie z sobą? W autentyczności. W integralności. Przestań oszukiwać siebie. Martha Beck przypomina, że wyjście z życia w nieprawdzie nie wymaga dramatycznych zwrotów – wystarczy jeden zwrot o 1 stopień. Jedna mała decyzja, która jest bardziej prawdziwa. Jedna rozmowa, w której jesteś bardziej sobą. Jedno „nie”, które jest odważne. Jedno „tak”, które płynie z pasji, z serca. Dante w „Boskiej komedii” pisał, że oszukiwanie samego siebie jest największym grzechem człowieka. Bo to od niego zaczynają się wszystkie inne rozminięcia z życiem. A najgorsza samotność to ta, kiedy nie mamy kontaktu… z własnym wnętrzem.
Stawanie się Sobą to proces. Czasem bolesny, czasem niewygodny, żmudny. Ale jest to jedyna droga, która naprawdę prowadzi do domu. Do miejsca, gdzie możesz w końcu odetchnąć, zdjąć zbroję, maskę i powiedzieć: tak, to ja. I pobyć. Blisko Siebie. Bo życie jest zbyt krótkie, żeby przeżyć je schowanym za maską.
Za to wystarczająco długie, żeby powoli – dzień po dniu – stawać się Sobą. I tym stawaniem się delektować.