Kiedyś wcale nie było łatwiej – było inaczej trudno. O leku zmiany

25 lutego 2026

Pamiętasz ten moment w pandemii? Zamknięte lasy, dezynfekowanie siatek z zakupami i kwarantanna książek w bibliotece (swoją drogą, kto by pomyślał, że będziemy kiedyś „aresztować” kryminały na dwa tygodnie, żeby ich nie dotykać)? Świat się zatrzymał, a my próbowaliśmy zrozumieć, co będzie dalej. Właśnie wtedy, w tym największym chaosie, zadzwoniłam do mamy. W słuchawce usłyszałam spokój, który wydał mi się niemal nierealny.  

Powiedziała mi wtedy dokładnie te słowa: „Córcia, już nie takie rzeczy przechodziliśmy. To i z tym sobie poradzimy”.  

Poczułam wtedy ogromną ulgę. Dziś, kiedy pracuję z liderami_kami i zespołami przechodzącymi przez transformacje, widzę, że te słowa to nie było tylko matczyne pocieszenie. To była lekcja o tym, jak patrzymy na każdą nową rewolucję. Bo choć tamten lęk minął, to drżenie rąk wróciło. Tym razem przy rozmowach o AI, automatyzacji i tempie zmian, które umówmy się, wydaje się czasem zupełnie nie do wytrzymania.  

Strach przed byciem Nokią

W mojej pracy z organizacjami widzę dziś ogromne napięcie. Liderzy_ki mierzą się z presją, by „nie przespać rewolucji” i wdrażać wszystko naraz, bo inaczej wypadną z gry. Z drugiej strony patrzą na swoje zespoły, które na kolejny projekt reagują cynizmem, spadkiem energii i wycofaniem. No i trudno im się dziwić – ile „historycznych przełomów” można dowieźć w jednym kwartale?  

Często ten lęk przed zostaniem w tyle sprawia, że liderzy_ki nieświadomie nakręcają spiralę presji. Boją się, że jeśli nie ogarną wszystkiego w jeden weekend, okażą się niewystarczający. Ale aby ruszyć do przodu, musimy najpierw odczarować ten mit nieskończonej wydajności.

Prawda, którą widzę w wielu projektach, jest jedna: Kiedyś wcale nie było łatwiej. Było inaczej trudno.  

Od korbki do chmury

Moja mama, rocznik 1941, jest na to najlepszym dowodem. Gdy studiowała matematykę na Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu, do przetwarzania dużych zbiorów danych używało się kalkulatorów na korbkę – taaak, ja też sprawdzałam w Google jak to wyglądało.  Każda operacja wymagała fizycznego wysiłku i skupienia, a jedna pomyłka w środku obliczeń była „ciemną plamą” – błędem po omacku, który odkrywało się dopiero po godzinach żmudnej pracy.  

Dziś, mama rozliczająca się z uczniami za korki z matmy, bez mrugnięcia okiem korzysta z BLIK-a. To, co kiedyś wymagało korbki i potu, dziś dzieje się w chmurze – natychmiast, niewidocznie, niemal magicznie (serio, czasem myślę, że „chmura” brzmi zbyt romantycznie jak na miliony kabli pod oceanem, ale niech jej będzie). Dla niej technologia przestała być egzaminem z bycia „na czasie”. Stała się narzędziem, które po prostu ułatwia jej życie. To zmiana optyki z lęku na ciekawość pozwoliła, że stało się to możliwe.

Dlaczego kiedyś było trudniej? Metafora światła

Obserwując transformacje w firmach, widzę, że technologia przesuwa granice naszej widoczności. Wyobraź sobie dom bez elektryczności. Dzień kończył się wtedy, kiedy kończyło się światło. Praca była cięższa i wolniejsza. Wejście prądu to nie był tylko „nowy gadżet”. To była zmiana całego rytmu życia rodzin.  

Kiedyś trudność polegała na działaniu w ciemno, bez żadnego wsparcia procesowego:

  • Nawigacja. Kiedyś miałeś papierową mapę rozłożoną na masce samochodu (ha! I spróbuj ją złożyć z powrotem na wietrze!). Jeśli skręciłeś źle, dowiadywałeś się o tym po 20 kilometrach. Dziś masz GPS, który koryguje twoją trasę na bieżąco, że nawet nie masz, jak popełnić błędu i wpakować się w zakorkowaną autostradę.
  • Bankowość. Kiedyś pomyłka w papierach oznaczała dni wyjaśnień w okienku. Dziś płatności mobilne dają natychmiastowy feedback.  
  • Komunikacja. Pierwsze komputery i e-maile wywołały panikę i potężne przeciążenie. Dopiero z czasem wypracowaliśmy zasady i higienę, które pozwoliły nam nad tym zapanować.  

Dziś mamy lepsze mapy. Tylko czasem próbujemy biec nimi sprintem przez góry.  

I tu pojawia się zgrzyt. Mamy dziś więcej światła – danych, wiedzy, narzędzi – ale często używamy go do narzucenia sobie tempa, którego nikt nie jest w stanie utrzymać.  

Architektura pracy. Co można przeprojektować?

Prawdziwym źródłem zmęczenia w zespołach, z którymi pracuję, nie jest AI. To próba wciśnięcia go w starą, niewydolną architekturę pracy. Jeśli liderzy dodają transformację cyfrową do kalendarza wypełnionego spotkaniami od 8:00 do 17:00, nie budują nowoczesnej firmy. Budują przeciążenie. I szczerze? Nawet najmądrzejszy Copilot nie uratuje nas przed dziesiątym spotkaniem o tym samym.  

Kiedyś było mniej narzędzi i mniej światła. Dziś jest szybciej, ale mamy więcej sposobów, żeby przejść przez to mądrzej.  

Mądrzej oznacza dziś odwagę do selekcji. Nie męczy sama zmiana. Męczy wszystko naraz, brak kolejności i brak poczucia wpływu na to, co ląduje na biurku. Mamy przecież dostęp do wiedzy innych, szybkie pilotaże i AI, które może przejąć powtarzalny ciężar z naszych głów. Ale technologia pomoże tylko wtedy, gdy wyznaczysz jej jasne granice.  

Zamiast gonić za każdym trendem, warto pomóc zespołom odzyskać sprawczość. W moich projektach często stosujemy prosty filtr, który pozwala sprawdzić, czy dane narzędzie faktycznie nam służy:  

  1. Co z tej zmiany realnie wpływa na mój poniedziałek?  
  2. Co mogę odłożyć, bo nie jest na teraz?  
  3. Jaki jest mój najmniejszy następny krok?  

Ciekawość to nie jest wielka strategia. To małe eksperymenty, które można zrobić jutro. Poprosić AI o szkic trudnego maila. Ustalić jedną zasadę komunikacji w zespole albo skrócić spotkanie o 10 minut na oddech.  

Rola wspierania zmiany nie polega na wdrażaniu wszystkiego naraz. Polega na odwadze przejścia przez nieznane z szacunkiem do ludzkich zasobów.  

Warto wtedy wrócić do słów mojej mamy. One dają ulgę, bo przypominają, że naszą największą siłą nie jest technologia, ale zdolność do adaptacji. Już nie takie rzeczy przechodziliśmy. To i z tym sobie poradzimy. W swoim tempie. Mądrzej. Z lepszymi mapami.  

Udostępnij:
Przeczytaj więcej