W curlingu wszystko wygląda jak ciężka praca. Zawodnicy biegną, zamiatają, komunikują się bez przerwy. Jest energia, koncentracja, zaangażowanie.
Z zewnątrz to wygląda jak wysiłek, który przesuwa grę do przodu. A jednak nie o to w tym chodzi. Kamień został już puszczony. Zamiatanie nie jest celem. Jest tylko wsparciem.
W wielu organizacjach ten obraz jest bardzo znajomy.
Jest dużo działania:
- spotkania
- wsparcie
- pomaganie zespołom
- „bycie dla ludzi”
I często nazywamy to przywództwem służebnym.
Tylko że gdzieś po drodze zaczynamy mylić dwie rzeczy. Wsparcie… z prowadzeniem. Bo jeśli wszystko sprowadza się do „zamiatania”, to znaczy, że ktoś wcześniej nie nadał kierunku.
I wtedy dzieje się coś, co trudno zauważyć od razu. Liderzy zaczynają być coraz bardziej obecni, coraz bardziej pomocni, coraz bardziej zaangażowani.
A organizacja… wcale nie działa lepiej.
Jest więcej:
- uzgodnień
- rozmów
- prób dopasowania wszystkiego do wszystkich
A mniej:
- jasnych decyzji
- odpowiedzialności
- ruchu do przodu
To nie jest problem intencji. To jest problem roli. Przywództwo służebne nie polega na tym, żeby być cały czas w grze. Polega na tym, żeby:
- najpierw dobrze wypuścić kamień
- nadać kierunek
- ustawić zasady
- zbudować klarowność
Dopiero potem ma sens wspieranie zespołu. Bez tego zamiatanie staje się celem samym w sobie. A organizacja zaczyna działać głównie po to, żeby utrzymać własne działanie.
Wsparcie jest ważne.
Empatia jest ważna.
Obecność lidera jest ważna.
Ale to nie one decydują o skuteczności organizacji. Najpierw musi pojawić się:
- kierunek
- decyzja
- odpowiedzialność
Dopiero potem wsparcie ma sens.
Bo w przeciwnym razie tworzymy organizacje, które świetnie zamiatają… ale nie do końca wiadomo, dokąd zmierzają. Bycie zajętym to nie to samo, co budowanie wartości.


